Poems in Polish






Przyłapana


W kraju wiecznej zimy, w pociągu,
całkiem nagle, bez ostrzeżenia,
ktoś wyswobodził głowę z przepoconej czapki.

Który to już raz tak byłam zajęta,
iż przegapiłam

jesień,

zimę,

by pewnego dnia przebudzić się w natłoku pączków,
strzelających w kapiące niebo
i topniejące słońce.





Zachwyt


Rozumiem pasję
pięknych maszyn.

Samolotów rozpiętych na pękniętym niebie
pomiędzy jednym nieboskłonem a drugim.

O skrzydłach, szyi i ogonie wszytych w zdumiony błękit,
wysztorcowanych jak u jeżyka.

Na sekundę prześmiewczo nurkujących w dół
całym swoim niby-to ciężarem
by zaraz, wystrzeliwszy torpedą w górę,
zabliźnić rozprute niebo.




Wieczory


Lubię wieczory,

ciepłe, złociste, prześwietlone,
pachnące świeżym praniem i owocową herbatą.
Z pomarańczową kulą słońca za oknem,
co wygląda jak przyszyta do wiarygodnego nieba,
i światłem o barwie lipowego miodu,
sączącym się przez falbanki firan,
co się kładzie trójkątami na obrusie.

Lubię wieczory,
bezpieczne jak wełniany sweter,
brzoskwiniowo-mechato-złote. Winno-różane.

Z bujanymi fotelami
w pajęczynie miodowego światła.




Iluzoryczność



Tak sobie myślę.

Gdyby w miejsce oceanu podstawiono jego atrapę,
miast zaś jak zawsze urzekającej kreski horyzontu,
w której się zbiegają i składają w harmonijkę krajobrazy
– maźnięcie farbą pierwszego lepszego malarza pokojowego,

i gdyby kazano moim zmysłom uwierzyć
w podrabiany horyzont, w wypitą wodę i z nią sól
– idę w zakład, nie zauważyłabym podmiany.

Ani bym przypuszczała, o ile jest uboższy
malowany zachód słońca i na-niby przypływ.

Niemożność wykrycia oszustwa
wielkim mnie napawa lękiem.

Wierzymy w to, co postrzegamy.

Gdyby tak odrzeć stół z wizerunku stołu
– strach pomyśleć, co zostanie.

Całe to gdybanie
nie ma wielkiej wartości filozoficznej, wiem.

Ze swej strony, kurczowo trzymam się autentyczności
rozpłomienionego nieba,
upojnego horyzontu,
nie do ogarnięcia wód i na nich drobnych fal,
niby zmarszczek uśmiechu,
i dziecka o tłustych nóżkach,
co wbiega w chmurę rdzawych liści,
i mojej własnej,

i próbuję wyprzeć ze świadomości to pytanie,
co przybłąkało się i, natrętne,
nie chce odejść:
a co, jeśli Ktoś ze mną tylko tak flirtuje?

Nie chcę wiedzieć.

Tak pięknie, ach,
tak pięknie,

więc proszę,
chcę być czarowana
dalej.




Król


Twoja historia będzie historią Twojego upadku.

Zapisana zostanie w kronikach każda Twa nieostrożność,
każda Twoja porażka wyryta w kamieniu – to, że potknąłeś się na schodach
wiodących na szczyt.

O nie, Ty nie umrzesz w nudny sposób - na rzadkie schorzenie o długiej łacińskiej nazwie
ani ze starości.
Jeśli to dotąd umknęło Twej uwadze,
sposoby uśmiercenia Cię są nieprzeliczone,
a Ty – choć odziany w purpurę i choć kark Twój zesztywniał od ciężkiej korony
- bardzo jesteś śmiertelny.

Nie możesz uniknąć wyroku, możesz go tylko odsunąć w czasie.
Jakże nie warto Ci zazdrościć - Ty jeden wiesz.





* * *



Mam taki sen.

Oto tkwię w samiutkim środku przyszłości.

Gęsto tu od nowych państw, traktatów i układów sił politycznych.
Wymurzają się, piętrzą zatłoczone miasta.
Żyć trzeba przyciśniętym do kogoś nie z miłości,
ale z braku miejsca.
Pracować podkurczywszy nogi i wciągnąwszy brzuch.
Najbogatszy człowiek świata to producent dezodorantów.
Niscy mają lepiej. Wzrost poniżej metra sześćdziesiąt
wybitnie zwiększa szanse zatrudnienia.
Jedna jest religia – nie potrafię dojść,
ateizm czy konfucjanizm.
Klatki mieszkalne dawno wyparły nikomu niepotrzebne świątynie.
Kolor skóry biały to kolor wymierającej mniejszości.
Ta najpiękniejsza, która ma najskośniejsze oczy i najdrobniejsze stopy.
Dominacja Stanów Zjednoczonych przetrwała tylko w podręcznikach historii.
Nie pisze się już nawet prac doktorskich przyczyn upadku,
bo kogo to dziś ciekawi.
Ci, którzy jeszcze nie mówią po chińsku, pilnie się uczą.
Można się utrzymać z dawania korepetycji języka.

Świat w nawale mrówczej pracy zapomniał nawet o wojnach.
Największym marzeniem jest wyjechać
na Wschód.

Budzę się z krzykiem
i strzepuję z siebie resztki tego snu.

Dzięki Bogu są jeszcze stare angielskie drzwi
o które mogę się oprzeć.




***


Jesteś taką śliczną dziewczyną.

Nie przynależysz tu: powietrze wokół Ciebie ciężkie jest od róż.
Powietrze tutaj pachnie smarem do maszyn.

Nie pasujesz tu, Ty śliczna,
złotowarkocza dziewczynko-farmerko,
w niebosiężnej wieży – a wieża cała z landrynek – przędąca na kołowrotku
cukrową watę, o złotych paluszkach,
księżniczko.

Ze wszystkich znanych mi kobiet, Ty jedna jesteś damą,
i nawet moja nienawykła do pracy wyobraźnia podpowiada mi,
że kochałbym Cię zarówno i nienawidził.

Ciebie jednej nie mógłbym wyplenić,
gdyż brakłoby mi woli,
i odciąłbym tę z moich rąk,
która by mnie od Ciebie uwolnić chciała.




Bardzo krótka opowieść


Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami
żyła sobie dziewczynka, która – co jest rzadkością wśród małych dziewczynek –
rozumiała, że jej życie
stanie się w mgnieniu oka.
Czasu nie wystarczy, by głośno doliczyć do stu.

Posiadłszy wcześnie wiedzę, która zwykle przychodzi z wiekiem,

pamiętała, by znajdować czas na zabawę z dzieckiem,
zachody słońca i wąchanie róż.

Gdy jej czas dopełnił się
– a dokładnie tak, jak przewidywała, nie zdążyła głośno doliczyć do stu –
zdążyła tylko pomyśleć: Więc to już? Tak prędko?




Wizyta po latach


Przyjaciółko

Tu dla Ciebie sukienka:
blady róż w białe kwiaty.

Wiem
- znów z darami przychodzę, niepewna Twojego przyjęcia,
lecz byłoby mi nieswojo z pustymi rękami.
Nie wiedziałabym, co w progu zrobić z dłońmi.

Przyleciałam wielkim samolotem – fru fru -
zza oceany, niepewna Twoich uczuć do mnie.

Pięć lat bez rozmowy nie fraszka.

Ugość mnie przyjaciółko.
Tak sobie, co pięć lat, pogadamy.
Raz Ty poczęstujesz herbatą mnie, raz ja Ciebie.
Patrząc optymistycznie – wystarczy czasu na jakieś dwanaście wizyt.



Modlitwa o zajście zdarzenia


Niechże coś się wydarzy.
Niech tynk z sufitu wpadnie mi do zupy.
Niech znajdzie się małostkowy ktoś,
kogo małostkowość mogłabym roztrząsać.
Niech uwierzę w miłość od pierwszego wejrzenia.
Niech mogę sobie za coś pluć w brodę.
Niech się zatrzęsie ziemia i zawirują niemożliwie statyczne krzesła.
Niech wreszcie skończy się ta zima
i usnę w słońcu.




Śmierć


Bogowie zastygli w fałdach uśmiechu.

To Ci się przydarzyło,
co było pisane przydarzyć się.

Teraz – koniec zabawy.

Odwoływanie się od decyzji nie na wiele się zda.
Nikt nie przystawi pieczątki.
Wszyscy wyszli na herbatę.

Tyle Ci było dane nitki
i taka to była nitka.

Ani w tym Twoja wina,
ani Twoja zasługa.

Chichot jakiejś boginki zaplątał się w pajęczyny.




Aktor hollywoodzki


Silikonowa pierś

wymurzona w stada rozjuszonych fanów.

Uśmiech od ucha do ucha,
ciężki do utrzymania na dłuższą metę.

Oko, zastygłe w ustawicznym błysku
i bardzo nim zmęczone.

Chirurgicznie preparowane uszy
gotowe na przyjęcie wybuchów entuzjazmu.

Sto i jeden raz wyszczuplone brzuch i nogi.

Aktorzy charakterystyczni?… Prawie wyginęli

na zbyt szeroki zadek, łysinkę
i te nieszczęsne zmarszczki.




Spóźnialska



Choćbym miała wieloryba czasu,
choćby mi się doba, siniejąc z wysiłku,
wyciągnęła do stu i jednej godzin,
choćbym innego zajęcia nie miała,
jak w sufit gapić się -
do najostatniejszej minuty wysiedzę,
a później polecę na złamanie karku.
Nieuczesana i z rozwiązanym butem.

Na własny pogrzeb też przybędę spóźniona.
Łaskawie pozwolę się dowieźć i wnieść.

Niech inni w służbie na-co-komu-akuratności
miast żyć – czas mierzą.

Na mnie nie liczcie. O nie. A figa.



Chory


W dniu ogłoszenia wyroku

W dniu, który nie różnił się mu niczym od szeregu podobnych dni:
nie ukazał mu się we śnie pucołowaty anioł, by wytrąbić nowinę,
po czym ciężko podbić się w górę, niczym tłusty gołąb;
nie przeciął mu drogi Bogu ducha winny czarny kot;
nie miał widzenia zatroskanej Matki Boskiej,
załamującej ręce o smutnych cierpiętniczych palcach
ni nie przyplątała się zwyczajna w tych stronach plaga szarańczy,

i nie było znaku na Niebie ni na Ziemi –

wybrał się do lekarza.

Nie po wyrok,
lecz w pewnej drobnostkowej sprawie.

Pech chciał. Wyszło przy okazji.

Opuścił gabinet otumaniony. Przed budynkiem
młodzi-nieśmiertelni trzymali się za ręce. Kwitły bladoróżowo jabłonie. Śpiewał ptak.

Tak pięknie. Tak pięknie,
a tu przyszło umierać.

Tak krótko. Tak w oka mgnieniu
życie przeżyć.



Mister Bond


Mister Bondowi nie mówi się ,Żegnaj”.
Uczynić to - to znaczy narazić się na śmieszność.

Mister Bond nie umiera.

Choćby strzelało 100 pierwszych strzelców,
przeciśnie się szczeliną między pociskami.
Choćby go rzucono między krokodyle,
przespaceruje się po ich zębach do najbliższej kładki.

Mister Bonda nie ocenia się w kategoriach
mężczyzny o najmniej owłosionej piersi.

Mister Bond nie miał, nie ma
i nie będzie mieć żony.
On lubi się znaleźć na muszce pięknej kobiety.
Punktualnie nie zjawia się na kolejny umówiony obiad,
bo ma przyjemniejszy biznes o tej porze.
Słuszność miałby ten, kto poddałby w wątpliwość jego profesjonalizm
- on w pogoni za sukienką zapomni o ratowaniu świata.



Kolejna przeprowadzka


Ostatni raz posprzątać to mieszkanie.
Złożyć ostatnią wizytę tym sąsiadom.

Pozbierać
spinki dziwacznych kształtów,
długopisy, których zawsze za dużo,
wszystkie nigdy nie noszone rzeczy z czarnej koronki,
płyty.

Poprać wszystkie ubrania, uważnie przeoczając fakt,
że bagaż znowu może zaginąć.

Wyrzucić wszystkie niepotrzebne rzeczy.

Przewidziane na to dwa dni okazują się zbyt krótkie.


Zaplątać się bez ratunku w guziki na zapas, igły z nitką we wszystkich kolorach tęczy,
czosnkowe tabletki na przeziębienie, niezliczone kredki do oczu (każda w innym odcieniu czerni), łatki na nie te spodnie, nierozpieczętowane
flakoniki z kroplami do oczu, którym upłynął już termin ważności,
dziurawe trampki, niedopite syropy na kaszel, deski
do krojenia, pościel, zioła – –

Wreszcie

dopiąć walizki na ostatni guzik.

Odwrócić się, wyjść. Zamknąć za sobą drzwi.

Iść, nie oglądając się za siebie.




Śmierć żołnierza


I cóż miał uczynić.

Ukryty bardziej we wnętrzu swoich oczu
niż za tym pniem.

Wstać i biec znaczyło niepewność
gorszą od niepewności pnia.

Gdy przybłąkała się ta kula,
osunął się w mleczną,
lepką od krzepnącej krwi
parność.




Pokój Pana Polityka


Pokój Pana Polityka nie ma smaku ani zapachu.

Próby opisania go w kategoriach ,,waniliowy” czy ,,pistacjowy” spełzłyby na niczym.

Pokój Pana polityka jest czysty
– Pan Polityk nie robi bałaganu innego niż polityczny.

W pokoju Pana Polityka
próżno szukać śladów Osobowości.
Ogon drzemiącej Osobowości mógłby na przykład wystawać spod poduszki.
Osobowość mogłaby nabrudzić
notatkami, strzępem konwersacji,
wysypującą się z szafy kolekcją elektrycznych gitar,
odciskiem łapy.

A tu nic.

Jeśli się gdzieś skryła,
to ani drgnie i – ledwo? – oddycha.
Jakby jej nie było wcale.



Poeta


Mogę sobie wyobrazić, że tracę nogę na wojnie.
Nie czuję bólu. Zaskakuje mnie nagły rozdźwięk pomiędzy wolą a możnością,
gdy moja noga głuchnie na nakazy umysłu.
Z łatwością wyobrażam sobie, że kradnę dla chleba.
Jestem dzieckiem ulicy. Biegam szybko – aż się rozlega
klaskanie bosych stóp o chodnik.
Sprawiedliwość, jeśli istnieje, to nie dla mnie.
Litera prawa jest jedynie karząca.
Nie znam lęku innego niż tygodniowy głód.
Seks poznałem wcześnie i od bardzo pospiesznej strony.
Lepszy świat zatrzaskuje się dla mnie
za drzwiczkami powozu.

Mogę sobie wyobrazić, ze dotyka mnie rażąca niesprawiedliwość.
Dotyka tylko mnie i jeszcze raz mnie,
i nikogo poza mną.
Przyjaciele oraz ci, którym wyświadczyłem przysługi, odwracają się ode mnie.
Na mój krzyk wszyscy głuchną.
Gdy przestaję krzyczeć, wszystko blednie do białości.

Mogę sobie wyobrazić, że mam dziecko.
Sycę je, kiedy jest głodne.
Podnoszę je, gdy upada.
Kiedy dorasta, dane mi jest oglądać jego sąd i proces
i nie mogę uczynić nic.

Więc tyle tylko i aż tyle.

W czyjąś skórę, nieproszonym,
prawem bujnej wyobraźni wleźć.

Odkryć, co miało zostać zakryte.

Stłuc wazon pełen kwiatów. Nadepnąć na ogon kotu.
Zjeść nie swoje ciastko.

Zakasawszy spódnicę, wyleźć oknem.




Spowiedź


Nie zbudowałam wieży z myśli.

Jeśli jest coś, czego jestem winna
i czego należałoby się wstydzić,
to to.

Nie dotknął mnie los.
Dane mi było dostatecznie wiele,
a nawet więcej.

Czasu miałam nie mniej
niż ci, co się ludzkości bardziej przyczynili.

Co się tyczy czasu mego życia,
teoria względności odmawia współpracy.
Mój czas nie był względny, tylko dokładnie odwrotnie

Strawiłam go
na niczym.

Przygląda mi się z wyrzutem ta mała dziewczynka, którą byłam,
a która pragnęła móc spojrzeć z dumą wstecz.

A jednak.

Nie zbudowałam wieży z myśli.




Chinka


– Like rice? Like rice? – spytała, fikuśnie rozciągając fałdki twarzy

na wschód i na zachód
w arcychińskim uśmiechu.

Potem wydarzył się ów niezwykły garnek do gotowania ryżu,
niby marcepanowy tort.

– China. China. – ćwiczyła swój chiński angielski.
– Aaaa. – wyaałam.

W zapadłej nagle ciszy
co uwierała jak przyciasny kołnierzyk
niezręcznością byłoby tak odezwać się, jak i milczeć.
Z odsieczą – wznoszę modły dziękczynne za te tysiączne w mym życiu odsiecze
– przyszła jej rozedrgana twarz,
uśmiechnięta z chińska ustami z porcelany
i kreskami oczu.




Gdybanie


Gdyby pra-pra-pra-pra…prarobal,
prarobal prarobali,
jako pierwsza i jedyna istota obdarzona zdolnością ruchu
(kaprys natury, zboczenie na tor inny niż obrany do tej pory),
wypełznął na ląd
(pośród doskonale statycznej Reszty, martwo wyprostowanych łodyg,
równoległobocznych pni, grzybów, niby rozsypane po pralądzie kostki do gry,
gdzie dominowały kąty proste i powszechna kanciastość bytów
skończenie nieruchliwych
i gdzie nawet wiatr zastygł);

i gdyby założyć dodatkowo
(miłość do nierealistycznych założeń to jest skrzywienie ekonomisty),
że ów robal miałby świadomość odmienności swojej formy:
obłej, ruchliwej i niemiłosiernie nieprzystającej do Reszty –

musiałby być nieźle zdziwiony. Ha.




Rachunek


Przyszło więc zrobić rachunek –
co się nam ostatecznie udało,
a co nie.

Jak wszelkie podsumowania,
tak i to nie jest łatwe.
Należy być cierpliwie skrupulatnym.
Należy umieć przyznać się do błędu.
I jeszcze raz przyznać się do błędu.
I po raz kolejny przyznać się do błędu.

Nie jest przyjemnie przyznawać się do błędu
częściej, niż raz dziennie.

Wypadałoby przeprosić się ze sobą za lenistwo,
przepuszczone jedyne okazje,
marzycielstwo nie w porę,
śmiech w bardzo niewłaściwym momencie, który zaprzepaścił szansę.

Cóż mi tedy czynić.

Zacząć kląć – w obcym języku, bo ładniej brzmi.
Tupnąć. Na pewno więcej niż raz.
Zbić szklankę, żeby ostatecznie nie wiedzieć już,
do czego by się tu zabrać.

I na co mi się zda ów cały rachunek:
cyfry małego życia pogrupowane w kolumny,
dzielenie na siłę tego, co niepodzielne.
Nie chcemy chyba zabrnąć w to-co-się-nie-da-obliczyć.

O nie.

Niech nie wypominam.
Niech mi upiory chybionych decyzji
drzemią w minionych latach.
Niech się pogodzę z tym, co mnie dotknęło
słusznie czy niesłusznie.





* * *


Panie

Pozwól mi umrzeć szybko.

Nie każ mnie czekaniem, co ślimaczy się
i w którym narasta dławiący strach.

Niech umrę we śnie. Niech moja śmierć będzie jak dopalenie się świecy.

Niech nie umieram w gryzącej samotności.
Niech nie umieram skazana na palący wstyd.

Niech odchodzę w pokoju, z którego nikt nie wyrzuci mnie, Panie.

A nade wszystko daj mi proszę kogoś,
kto do ostatniego dnia powtarzałby, jak gdyby nigdy nic,
jak dobrze dziś wyglądam
i że mi się polepsza.




Psy cypryjskie


W kraju kotów

psy wiodą żywot surowy.

W wiecznej ucieczce.
O proszących oczach i podkulonych ogonach.
Stokrotnie i jeden raz
osaczone przez kocie hordy.

Wypatrywać wesołego psa w aureoli ogona
to jest wypatrywać na próżno
do wypatrzenia oczu.

Brak psiej samodyscypliny skutkuje kalectwem lub śmiercią.
Zdradliwa woń ciała lub popiskiwanie do miski
nieomylnie sprowadzają tabuny rozjuszonych kotów.

Chęć bycia rozszarpanym obca jest logicznym psom.
Ustawicznym myciem wpędzają się więc w choroby
i nigdy nie wydają dźwięków.
Beztroskie warknięcia czy skamlenia
– o nie, to nie dla nich.
Nawet miłość uprawiają w ciszy
lub w takt całorocznego marcowania się kotów.

Tutaj
tylko kocio być to jest być
prawdziwie.





Emergency contact


Emergency contact to jest coś, co się trzyma obok nieprzeliczonych

pudełek z lekarstwami, jałowych opatrunków, strzykawek jednorazowego użytku, wysterylizowanych łyżeczek.

Emergency contact to jest numer człowieka, do którego się dzwoni,
gdy to wszystko zawodzi, i który wie, co nowego przepisać,
by można było przetrzymać
jeszcze jeden, o choćby tylko jeden,
krótki rok.




Film akcji


Statyści padają jak muchy.

Lasery na kółkach tną żelbetonowe ściany.
Biegają po planie Chińczycy
ze sztyletami w kapeluszu.

Zemsta jest tylko prawie tak potężna, jak miłość.
Przeczucia sprawdzają się, rzekłbyś, w sposób omalże mistyczny.
Duchom przypisuje się nie tylko dar przenikania ścian (to przecież
rozumie się samo przez się), ale i poczucie humoru.
Zęby szczotkuje się, ale się ich nie płucze.
Sto milionów dolarów zawsze mieści się w tej walizce.

Życiu przypisuje się omalże tyle pomysłowości,
ile ono rzeczywiście ma.

Zdarzają się niebywałe przypadki.
Komizm sytuacji nawarstwia się do niebywałych dziewięćdziesięciu minut.
Szczęśliwie leci z nami pilot.
Bohater, choćby wcale nie znał się na rzeczy,
zawsze przecina te kabelki
we właściwej kolejności.
Niektóre bomby unieszkodliwia się nawet za pomocą wtyczki –
i świat nie wybucha, rzecz jasna,
w najostatniejszej sekundzie.




Amerykańska pielęgniarka w Nigerii


Ręce z jednego krwotoku wetknąć w drugi.


Nie patrzeć w oczy żołnierzowi,
gdy pyta,
czy wdała się gangrena.

Nie podać lekarstw -
jakich lekarstw?

Nie prosić o czyste bandaże,
gazę ani strzykawki.

Zeszyć kolejny dziś krwotok.

Umarłym
pozamykać oczy.




Strzelec


Jego pistolet winien być nabity
niewystrzelaną mnogością sześciu naboi.

Nie zaszkodziłaby nadprogramowa broń (co najmniej jedna),

ukryta w zanadrzu.

A rzeczywistość?
Mniej jest cukierkowa.

Kule kończą się rażąco prędko.
Staje do walki siedmiu przeciwników.
Ktoś podmienia naboje na nieszkodliwe straszaki.
Ktoś złośliwie dmucha tuż po strzale
i kula chybia o włos.
Uprzykrzona mucha zawinia drgnieniu ręki.
Tuż przed strzałem rzuca strzelca dziewczyna,
a przez łzy trudniej się strzela.



Modlitwa pokojówki



O pokój jasny modlę się, Panie:
o pastelowych czystych ścianach
i łazience przesiąkniętej zapachem chloru.

O pokój przestronny,
bez natłoku zbędnych przedmiotów.

O pokój bezwonnych mężów stanu, co nie robią bałaganu innego, niż polityczny.
O pokój prześwietlony tym rodzajem jasności, którą można schwytać tylko o poranku.

O pokój bez charakteru modlę się, Panie.




***


Ja wszystko zapomniałam.


Tak daleko odeszłam od siebie.

Dwie czy trzy wieczności minęły odkąd
ostatni raz
stoczyłam się po zboczu, po trawie,
w dół, w dół.

Zapachy straciły na intensywności.
Pobladły kolory.

Czuję się taka zmęczona.

Ja wszystko zapomniałam.




Młodość


Pamiętam tamte poranki. Gdy wszystkie drzwi były otwarte
w nieopowiedzianą Przyszłość
i jeszcze nie było takich pokoi, do których nie miałabym – już – wstępu.

Młodość.

Coś, co się staje
szybko i nieodwracalnie.

Zatrzaskują się na amen nieprzeliczone drzwi.

Cóż potem?
Z głupia frant dobijać się, jak gdyby nigdy się nie dorosło?

Drzwi są już zamknięte.




Labirynt


Ta droga byłaby najprostsza.
Lecz to wiemy poniewczasie.

Okazuje się, że wybraliśmy najbardziej krętą –
nie po raz pierwszy to i nie po raz ostatni.

Ta droga odwiodła nas od celu –
lecz teraz nic się z tym zrobić nie da.

Gdyby tak można było życie przeżyć mając tę wiedzę,
którą się ma – potem – –
a nie być skazanym na ciągłe błądzenie.

Gdyby.

A no właśnie.




Aktor drugoplanowy


Jak zwykle, kazano mi głupio zginąć.
Broń wypaliła bez nakazu dłoni.
Ślepe naboje okazały się nie być ślepe.
Niewinna bójka przerodziła się w walkę na noże.
W miejsce nieszkodliwej zabawki na wodę
podłożono najprawdziwszy pistolet
z zamiarem uśmiercenia kogoś innego.

Ktoś musiał dostarczyć pomidorowej krwi.
Ktoś umrzeć.

Nie uśmierca się przecież ot tak głównego bohatera.
Nie w ciągu pierwszej godziny trwania filmu.

Ktoś musiał czytać gazetę, jak gdyby nigdy nic,
zanim wybuchła ta bomba.

Ktoś – nie śmiać się do kamery.



Podróż w przyszłość



A dziś mam lat sześćdziesiąt.
Sięgam pamięcią ciężkie dziesięciolecia wstecz.
Nadal robię raczej to, co powinnam, aniżeli to, co chcę,
lecz nauczyłam się nad tym nie rozpaczać.
Wstyd ciała nie doskwiera mi już tak bardzo, jak niegdyś.
Mniej we mnie wahania, niezasłużonych wyrzutów sumienia,
roztrząsania cudzej małostkowości i własnych nietrafionych decyzji.
Przypadkowość ludzkiego żywota nie jest już okrutna
– jest to coś, z czym się godzę.
Dostrzegam jakiś sens we własnym istnieniu.
Głupota nadal mnie irytuje,
lecz się już za nią nie wstydzę.
Przypuszczam, że mój wyraz twarzy mówi: ,,Widziałam wszystko”,
jak u starej kobiety.

Zyskałam na spokoju.
Kto by pomyślał, jak głęboko przejmującą jest rzeczą
patrzeć długo na jezioro
lub przyglądać nie dostrzeganym wcześniej
mrówkom.




Autoportret


Podążam nieznaną mi drogą, ale w obranym przez siebie kierunku.
Jak dotąd, udało mi się ustrzec wiary w przypadki.
Mam głębokie przekonanie, iż sami jesteśmy kowalami własnego losu.
Żyję raczej wewnątrz siebie samej, niż na zewnątrz.
Świat wokół mnie jest mi obcy i mniej prawdopodobny,
niż twory własnej wyobraźni.
Nie darzę szczególną sympatią ludzi.
Raczej od nich stronię.
Po grzecznym ,,dzień dobry” śpiesznie odchodzę,
nie wdając się w zbędne rozmowy o pogodzie i polityce.
Droga, którą obrałam, jest samotna,
lecz nie uskarżam się.




Jak ja się boję inteligentnych mężczyzn


Jak?
Och. Nieopisanie.

Spędzają mi sen z powiek.

Wiedzą, gdzie się zaczynają które pobudki.
Drobne oszustwa i kłamstewka wynajdują znacznie lepiej,
niż mężczyźni głupi.

Błędy gramatyczne, ignorancja, wypryski,
zbyt szerokie biodra, obgryzione paznokcie
– nic nie ujdzie ich uwagi.

Nie są obiektem pożądania i dobrze o tym wiedzą.
Zjawiają się w moich snach nieproszeni tuż przedtem,
nim mnie w nich ktoś o rzeźbionym ciele
nareszcie – nareszcie
schwyta.

Ich zdolność przewidywania daje im zbyt dużą przewagę.

Z nas dwojga, oni wiedzą lepiej, jak się to wszystko skończy.



Moi mężczyźni


Moi mężczyźni

mijają się ze mną.

Trwa to bez mała lat trzydzieści.

Nie żebym narzekała,
ale zaczynam być tym zmęczona.

Moi mężczyźni,
by z większą pewnością nie natknąć się na mnie,
są zawsze w innym miejscu
lub o innej porze.

Kiedy na nich natrafiam,
jest czterdzieści lat za późno
lub też ktoś inny mówi o nich: ,,Mój mężczyzna”.

Odkłaniamy się sobie milcząco
i podążamy – każde w swoją stronę.



Rozejście się


Dziękuję Ci za dar

łatwego zapominania.

Za Twoje milczenie
bez szczypty narzucania się.

Wdzięczna jestem za wróconą samotność,

droższą mi ponad Ciebie.

Gdyby nie Ty, nigdy przenigdy
nie zdobyłabym się na krztę podejrzliwości
względem siebie samej.

Wyrzeczenie się Ciebie zajęło mi
całe źdźbło czasu.

Jak trudno jest się przyznać
przed nikim innym jak przed samą sobą,
że zapomina się tak prosto
i tak łatwo wyrzeka.

Że to jakoby głęboko żywione uczucie
nie jest już wcale,
a skoro wcale nie jest,
rodzi się podejrzenie, że nigdy nie było.

Dziękuję za zdjęcie ciężaru z pleców.

Jak lekko mi. Jak lekko.

Do nie-zobaczenia.




***


Pani od Literatury

opowiadała nam historię swojej miłości.
Jak to pewnego wiosennego poranka
(co się całkiem upodobnił do szeregu innych poranków
i ani nie był z nich pierwszym, ani ostatnim),

zaświtało w jej umyśle podejrzenie
że on – to może być On.

Stało się to zupełnie nagle.
Tak, jak gdyby jej umysł od dłuższego już czasu
zajmował się tą kwestią,
nie dopuszczając do udziału w obradach biednej świadomości,
po czym owego poranka raczył obwieścić,
że decyzja zapadła.

Świadomość nie miała w tej kwestii wiele do gadania.
Podobnie jak w wielu innych sprawach – przypuszcza Pani od Literatury.
Było to wydarzenie wielkiej wagi.
Pani od Literatury nigdy wcześniej nie podejrzewała istnienia
czegoś w niej samej
poza jej pojęciem.




***


Pocałujmy się teraz

pocałujmy się wcześniej zanim
zanim ta dziwaczna cisza, nim milczenie, jak napięta
cięciwa łuku.

Pocałujmy się wcześniej zanim
nim zabraknie tematu do rozmowy
i zaczniesz ukradkiem spoglądać na zegarek.

Pocałujmy się zanim

będziemy już-nie-rozmawiać ze sobą.

Pocałujmy się wcześniej.

Jeszcze Twoja niebytność nie każe mi domyślać się.
Jeszcze nie uciekasz od mojej obecności
i nie wszystko zostało do końca powiedziane. /i wciąż się jeszcze snuje ta nasza opowieść.

Jeszcze nie odbyliśmy wszystkich spacerów przy księżycu,
jeszcze – jeszcze.

Pocałujmy się zanim – –




***


Dzieki za piosenki które oboje znamy.

Dzięki za dziennik wieczorny
i niestałość pogody.

Doskonale sobie obcy, mamy przynamniej temat do rozmowy.

Ta cisza - uwiera jak przyciasny kołnierzyk.
Nie wiadomo, czy druga strona ma zamiary przyjazne czy wrogie.

W tym życiu

niczego nigdy nie można być pewnym.

Już stulecia temu zalecano grzeczną konwersację
na obojętne tematy.

I tego się trzymajmy.

Zatem, dzięki ach dzięki
za piosenki które oboje znamy.




Aktorka


Swojego mężczyznę, bez końca wyczekawszy się, powitać

pocałunkiem w czoło.

Uważnie przeoczyć jej szminkę
na jego kołnierzyku.

Na zawsze już przyrzec sobie, że to już ostatni raz
i że się nie popełni starych błędów.



Przytulanka



Podobnie jak Ty mam w sobie puste pałace,
komnaty szczelnie wypełnione niczym istotnym,
łąki bez trawy i jeziora bez wody,
i bezleśne lasy.
Wszędzie to jest nigdzie panoszy się nic.

Moim jeziorom brakuje wody,
lecz zbywa na głębokościach bez dna.
Nie ma drzew w moich lasach,
ale zieje w nich pustką, której się nie da ogarnąć ni zmierzyć,
i w której ginie wszelki krzyk.
Wyschły trawy moich łąk,
a płacz źdźbeł połączył się w wiekuisty lament.

Jak Tobie, tak i mnie potrzeba jest kogoś,
kto szeptem wypełni czeluście moich jezior
i kto zasieje tam, gdzie nic się nie rodzi.

Mogę Ci podarować drugą połowę uścisku.
Dam Ci sedno, esencję i wątek.

Ty mi wzajem podaruj
sedno, esencję i wątek.




Małżeństwo



W szczęściu i w nieszczęściu,
od teraz i na zawsze,
to jest po moją śmierć,

przyrzekam trwać przy Tobie.

Odtąd – po wszystkie wieczności mnie nieznajome.

Pójdziemy przez nieprzeżyte życie
w którym nie wiadomo jeszcze, co się nam przydarzy.

To, czego możesz być pewną / pewnym,
to moja nienatrętna obecność przez ten czas tak krótki,
że dłużej o jedną wieczność trwa ruch motylich skrzydeł
przeszywających światło.

Przyrzekam być dobrą żoną i matką / dobrym mężem i ojcem.

Obiecuję
nauczyć się Ciebie kochać.